A ja lubię swoją miesiączkę

Menstruacja

Jakimi słowami mówisz, że masz okres?

W komunikacji z kobietami używam słowa „miesiączka”, bo jest neutralne. W swojej osobistej komunikacji z partnerem, rodziną mówię: „Krew do mnie przyszła”, „Mam krew”.

Mówiłyśmy z koleżankami: „Ciocia do mnie przyjechała”. To określenie wydawało mi się absurdalne, niezrozumiałe, ale go używałam, innego nie było. Skąd się wzięła ta „ciocia”?

Dwuznaczność tego słowa świetnie pokazuje sposób, w jaki mówimy o okresie. „Ciotka” jest obecna również w anglojęzycznych krajach, mówi się tam o „aunt Rubie”, rubinowej cioci, albo „redhead aunt”, rudej ciotce, która przyjechała. To wiąże się z koncepcją matki chrzestnej, postaci pozytywnej, wspierającej, takiej 13. wróżki, która pojawia się, by wprowadzić cię w kobiece sprawy. Jest dorosłą, bliską kobietą inną niż mama, można jej powiedzieć o swoich sprawach. Tęsknota za nią przejawia się nawet w baśniach. Ta ciocia przyjeżdża wesprzeć cię w pierwszej miesiączce.

To piękna koncepcja, a wykoślawiła się w paskudną „ciotę”.

Za tymi słowami są ukryte dwie różne postawy. Słowo „ciocia” stało się „ciotą”, obelgą wobec niemęskich facetów. W naszej kulturze często obraża się mężczyzn, mówiąc, że zachowują się po babsku.

W lutym tego roku firma Difference przeprowadziła badania na zlecenie Kulczyk Foundation na temat sposobu, w jaki opowiadamy o menstruacji poprzez słowa i obrazy. Jako antropolożka kultury zajmujesz się tym od 20 lat. Widzisz zmianę?

Przede wszystkim to, że takie badanie w ogóle mogło powstać, pokazuje, jak wielka dokonała się zmiana. Dziesięć lat temu próbowałam zrobić pole semantyczne słowa „miesiączka” w prasie kobiecej, uchwycić, jak się o miesiączce pisze. Poszłam do czytelni, wyciągnęłam wszystkie magazyny i okazało się, że przez rok słowo „miesiączka” padło raz, w jednym artykule. Mój raport był bardzo krótki, nie udało mi się stworzyć żadnego pola semantycznego. Badania Difference pokazują, że obok obecnego od dawna języka medycznego i eufemizmów pojawił się też język bardziej neutralny, a nawet – pozytywny. To, że instagramerki i aktywistki takie jak Maja Staśko publikują swoje zdjęcia z plamą krwi menstruacyjnej, to nowość. 

Był jakiś punkt zwrotny? 

2016 rok, słynna okładka „Wysokich Obcasów” z majtkami poplamionymi czerwonym brokatem. W moim odczuciu to ona była sygnałem, że w ogóle możemy o miesiączce rozmawiać. 

Ale nie byliśmy gotowi – pojawiły się oburzone komentarze, że to tak, jakby publikować na okładce zdjęcie z kupą, fuj!

Mam poczucie, że nigdy nie będziemy gotowi o tym rozmawiać, jeśli nie będziemy o tym rozmawiać. Nie znajdziemy się nagle w jakimś idealnym momencie. Właśnie zabierając głos, robimy sobie miejsce w dyskursie, odzyskujemy przestrzeń, by publicznie mówić o doświadczeniu miesiączki. Mam poczucie, że wtedy poruszyłyśmy gniazdo szerszeni. Zobaczymy, czy może pojawić się wywiad z kimś, kto doświadcza miesiączki jako przyjemności. I jeszcze pod tytułem „Lubię miesiączkę”? To wciąż wydaje mi się za dużym tabu.

Jak 15 lat temu wyglądał dyskurs o miesiączce?

Jak w tytule wykładu używałam słowa „miesiączka”, nikt na niego nie przychodził. Jeśli były jakieś odniesienia do kobiecego ciała, to przychodziły kobiety. Kiedy zaczynałam mówić o miesiączce i tabu wokół niej, były w totalnym szoku. A potem robiło się fenomenalnie.

Z badania Difference wynika, że choć pojawiają się nowe, pozytywne treści, które odwołują się do miesiączki jako czasu wyjątkowego, połączenia z siłą natury, dopieszczenia, to dominują jednak konteksty negatywne, odwołujące się do zawstydzania, niestabilności emocjonalnej, złego samopoczucia, bólu. Jak to na nas wpływa?

Widzę to jako sprzężenie zwrotne. Uczymy się obowiązującego języka i w nim nie ma miejsca na wyrażanie różnych, też pozytywnych, doświadczeń miesiączki. W ten sposób zamykamy sobie do niej drzwi. Jesteśmy złapane w kod kulturowy, pewną formę: wyśmiewamy miesiączkę, narzekamy, że jest taka okropna. A co, jeśli ktoś, jak ja, lubi miesiączkę? Wzory kulturowe działają w ten sposób, że mówią nam, co mamy myśleć i jak się zachowywać w określonych sytuacjach. Mówią nam również, kim jest kobieta miesiączkująca i jak się czuje. Z tego bardzo ciekawego raportu wynika, że wzory kulturowe dotyczące miesiączki jako objętej tabu nieczystości są rezydualne, czyli nieaktualne. Moim zdaniem, choć nie używa się już wprost określenia „nieczysta”, ten kod wcale nie odszedł. Miesiączka wciąż funkcjonuje jako coś ohydnego, obrzydliwego, odbierającego godność kobietom, choć nikt nie powie już tego wprost. 

Zatem skąd o tym wiesz?

Przez lata zaobserwowałam pewien społeczny rytuał, który odgrywają kobiety, gdy mają rozmawiać o miesiączce. Potwierdziły go badania opublikowane wiosną tego roku przez Kulczyk Foundation. Otóż nieświadomie odgrywają taką scenkę. Jedna mówi: „Ach, nie cierpię tego okresu”, druga na to: „A co mi będziesz mówić, to koszmar”, i tak dalej. W ten sposób dochodzą do konsensu, potwierdzają kulturowy punkt widzenia. Nie możesz powiedzieć: „A ja bardzo lubię swoją miesiączkę”, bo wtedy przełamujesz porozumienie i ryzykujesz wykluczenie z grupy.

No ale po co to robimy?

Długo się nad tym zastanawiałam i mam pewną hipotezę. Miesiączka od zawsze była dowodem na to, że my, kobiety, jesteśmy głupsze, gorsze, intelektualnie niepełnosprawne – wciąż w pracy i w domu spotykamy się z komentarzami: „Co tak się denerwujesz, okres masz?”. Albo: „Jesteś niepoczytalna, porozmawiamy, jak ci się skończy”. Jeżeli ta miesiączka jest dowodem na naszą gorszość, to stworzymy taki rytuał, który pomoże nam się od niej zdystansować, oddzielić – to jest ta zła miesiączka, a tu jestem ja, nie mam z nią nic wspólnego. Zdystansowanie pomaga nam poczuć się lepiej, odzyskać godność. To trochę tak jak w zdaniu: „Jestem za prawami kobiet, ale nie jestem feministką”. Bo być feministką to być agresywną babą, której nikt nie chce przelecieć. 

Nie czytałam jeszcze twojej książki o siedmiu sposobach na bolesne miesiączki, ale z opisu wiem, że jednym z nich jest zmiana przekazu o „kobiecym losie”. Czy dobrze rozumiem, że kod kulturowy może wpływać na odczuwanie bólu?

Tak, może wpływać na doświadczenie ciała. Wiele kobiet realnie doświadcza miesiączki jako bolesnej i absolutnie rozumiem, że z tego powodu mogą jej nie lubić – nie czekamy przecież z utęsknieniem na ból zęba. Dlatego bardzo mnie interesuje, dlaczego od 60 do 70 proc. zdrowych kobiet miesiączka boli i co możemy z tym zrobić. Skoro cierpimy przez pięć dni w miesiącu przez 30-40 lat, to gra jest warta świeczki. „Kobiecy los” to nie moje określenie, tak mówią lekarze albo matki, które przy pierwszej miesiączce zwracają się do córek: „Witaj w gronie kobiet, teraz będziesz cierpieć co miesiąc”. Taki przekaz sprawia, że przyjmujemy, że tak musi być, i w ogóle nie próbujemy tego zmienić. Pomyśl, jeżeli jakakolwiek inna część ciała uporczywie boli cię przez lata, to zaczynasz szukać, pytać, co możesz z tym zrobić. Nie zakładasz np.: jestem dzieckiem, to muszą boleć mnie uszy. A my jesteśmy w zbiorowej hipnozie – musimy cierpieć, nie ma wyjścia. A ja mówię: jest. I żeby było jasne, nie każę kobietom lubić swojej miesiączki. Mówię tylko: możesz kształtować wzory kultury, które będą bardziej przyjazne dla kobiet i nie będą powodowały bólu miesiączkowego.

Czyli nasz ból jest kulturowy?

Są różne powody: niewłaściwa dieta, napięcia w obszarze miednicy, które też się skądś przecież biorą. Jest też kultura i psychika. I tak, uważam, że nasz ból miesiączkowy jest uwarunkowany kulturowo. Badam to od lat i doszłam do takiego wniosku. Wiele kobiet mówi mi, że czuje złość na miesiączkę, myśli: nie cierpię jej, nienawidzę macicy, nienawidzę siebie, zawsze okres przyjdzie, jak mam wyjazd, chciałabym nie mieć okresu. Jeżeli mówimy tak przez 40 lat, to fundujemy sobie sporą dawkę autoagresji.

Dlaczego tak robimy? Kto nam każe?

Przekaz międzypokoleniowy, przekaz rodzinny na temat tego, jaka jest rola kobiety, trudne, często nawet traumatyczne doświadczenie pierwszej miesiączki, które odzywa się przy każdej kolejnej. Np. dziewczynka nie wiedziała, że miesiączka istnieje, i myślała, że umiera. Do tego dochodzi cała polska obyczajowość związana z seksualnością. Jest wiele dziewczynek, których rodzice na pierwszą miesiączkę reagują: teraz będziesz się puszczać, musimy cię kontrolować. Przecież taka mała dziewczynka nic z tego nie rozumie! Te różne doświadczenia sprawiają, że miesiączka jest bolesna.

Są dziewczyny wolne od takiego przekazu?

Tak! Na moich warsztatach kobiety kolejno opowiadają o swoim doświadczeniu. Raz jedna mówi: „Za każdym razem jak przychodzi miesiączka, czuję się wspaniale, ładnie wyglądam, mam świetną cerę. Bo mama zawsze mówiła: »Super wyglądasz, kochanie, już masz miesiączkę?«”. Naprzeciwko siedzi druga i aż podskakuje: „Jak to, ja zawsze czuję się gruba, ohydna, pryszczata, bo moja mama i babcia mówiły: »Gorzej wyglądasz, chyba masz już miesiączkę?«”. Ta konfrontacja i pewność każdej z nich, że tak właśnie jest, była niesamowita! 

Akurat rozmawiam z tobą w takim momencie, gdy od trzech lat nie mam miesiączki. W ogóle za nią nie tęsknię, wręcz przeciwnie, czuję ulgę. I bardzo mnie ciekawi, co ty właściwie w niej lubisz. Pięknie wyglądasz? Lepiej gotujesz?

W ogóle wtedy nie gotuję. Mój partner to robi (śmiech).

To już wiem, czemu lubisz ten czas.

Zawsze ją lubiłam, tylko to było przykryte bólem. Dopiero jak nie boli, można miesiączki doświadczyć. Po pierwsze, czerwona krew jest dla mnie piękna na poziomie estetycznym. Po drugie, przeszłam długą drogę, by czuć swoje ciało, i jestem z nim w kontakcie, a ponieważ ten kontakt nie wiąże się już dla mnie z ocenami: jestem za gruba, za chuda, powinnam inaczej wyglądać – to samo doświadczanie, jak krew wypływa z mojego ciała, jest dla mnie bardzo przyjemne. To jest też okres rozluźnienia: szczęki, mięśni twarzy, taki moment ulgi, jakby się weszło do komory ze słoną wodą i dryfowało. Dla mnie miesiączka to czas głębokiego relaksu, dobrze, głęboko przespanych nocy. Ponieważ pozwalam sobie na takie rozluźnienie, to zwykle trzeciego dnia miesiączki mam eksplozję energii seksualnej i wszelkich pomysłów. Mam notes przy łóżku, ciągle coś zapisuję. To megatwórczy czas. 

Brzmi trochę fantastycznie.

Miesiączka jest takim trochę fantastycznym, granicznym doświadczeniem. Z ciała płynie krew, która nie jest związana ani z chorobą, ani z przemocą. To jest dość nietypowe, a dla mnie bardzo inspirujące. 

W badaniu też pojawia się ten nowy przekaz miesiączki jako czasu mocy. Podoba mi się myśl, że to miałby być czas relaksu, dopieszczania, celebracji kobiecości. Ale na przykład nakładanie na twarz maseczki z krwi miesięcznej to już dla mnie odjazd.

Dobrze, że są skrajne przypadki, dzięki temu norma się poszerza i staje się zdrowsza. Ale chciałabym bardzo mocno podkreślić, że świadomość, jak wygląda cykl menstruacyjny i jak wpływa na twoje ciało, nie musi się objawiać w odprawianiu rytuałów magii księżycowej czy przywiązaniu do newage’owej retoryki. Dla mnie wartość ma duchowa celebracja, która wypływa z obserwacji cyklu i opiera się na wiedzy o nim. Możemy też zupełnie oddzielić naukowe fakty od duchowych rytuałów. Mamy cykl, który ma określone fazy – np. estrogeny, które uwalniają się przed owulacją i w jej trakcie, wzmacniają naszą zdolność do komunikacji i ekspresję. To nie jest żadne ludowe podanie, tylko wiedza. Jeśli dostosujemy swoją pracę do cyklu i na ten czas zaplanujemy trudniejsze zadania, będziemy po prostu bardziej produktywne. Zrobienie sobie odpoczynku w czasie okresu nie musi odbywać się w paradygmacie celebracji miesiączki, możemy to zrobić w ramach wzmocnienia naszej sprawczości. Nazywam naszą kulturę owulacyjną – ciągle chcemy być na wysokiej fali i lecieć w kosmos z aktywnością, a cała ta strona związana z odpuszczeniem, regeneracją, recyklingiem w ogóle nas nie kręci. Miesiączka ją reprezentuje, więc jej też nie lubimy. Kobiety wymagają od siebie nieustającej stuprocentowej aktywności na wszystkich polach. Jak masz 20 lat, możesz sobie na to pozwolić, ale jeśli nigdy nie dajesz sobie wytchnienia, to w wieku 40 lat jesteś wypalona, nie jesteś w stanie dalej ciągnąć tej żonglerki obowiązków. Zauważam wyraźną różnicę wśród kobiet, które pozwalają sobie na regenerację w tym czasie. Potem dostają kopa energii i mogą przenosić góry. 

Wciąż powtarzasz: musimy współtworzyć wzorce kultury. Co to oznacza w praktyce?

Rozmowę z małymi dziećmi. Twoje dziecko wchodzi do łazienki, masz okres. Co robisz? Często towarzyszy nam niepewność związana z tym, jak właściwie mamy uświadamiać dzieci. Jeżeli ukrywamy istnienie miesiączki, to potem nagle okazuje się, że istnieje wzwód, seks, miesiączka, orgazm – i to wszystko spada na dzieci w jednym momencie. Na dodatek to nie od nas się o tych wszystkich ważnych rzeczach dowiadują, tylko z internetu, ze stron porno. Przekroczenie tabu polega na tym, że w rodzinie rozmawiasz o tym, że masz miesiączkę, jak o normalnej rzeczy. Wtedy nie fundujesz dzieciom wielkiego szoku, a zarazem transmitujesz nowy kod kulturowy.

Tego lata byłam z rodziną nad morzem, grupa siedmiorga kuzynów bawiła się na plaży. Najstarsza dziewczyna od tego roku ma okres i akurat go dostała. Nie kąpała się. W pierwszej chwili nie rozumiałam dlaczego. Zupełnie zapomniałam, że kiedyś też dostałam taki przekaz: nie wolno wchodzić do basenu, wody. I mi się przypomniał. Poczułam złość, podeszłam do niej, powiedziałam: „To nie ma znaczenia, wskakuj do wody, kąp się!”. I widziałam w niej niepewność. „Kurczę, Natalia, rzeczywiście jest, jak mówisz”. Ale mnie to złości!

Miesiączka jest jak hidżab. Przed naszą rozmową myślałam jeszcze o języku na miesiączkę i poczułam, że on jest bardzo mocno związany z językiem, jakiego używamy wobec naszych części intymnych. W moim odczuciu to jest całość. Ta dyskryminacja: jesteś wariatką, bo masz miesiączkę. A jak stajesz za innymi kobietami, to słyszysz, że przejawiasz „solidarność jajników”.

To takie żarciki, fajne przecież.

No właśnie, żarciki. Wiesz, że w latach 50. i 60., kiedy mówiło się „te dni”, na genitalia mówiło się „dolne niewymowne”? Zobacz, jakie to jest mocne określenie – wprost pokazuje, czego nie możesz wymówić. W języku medycznym jest słowo „srom”, które w staropolszczyźnie oznacza wstyd, sromotną klęskę. A dlaczego właściwie srom? No bo z niego płynie brudna krew, która okrywa cię wstydem. Czemu medycyna ciągle serwuje nam to słowo? Lekarki wciąż używają sformułowania „wargi sromowe”, czyli „wargi wstydowe”. Nie mamy słów na miesiączkę, nie mamy słów na kobiece części ciała. I masz całe generacje dziewczynek, które mówią „pupka”, bo mama je uczy, że mają „pupkę z przodu i pupkę z tyłu”.

Ja też się przyłapałam na wahaniu, co mówić swojemu dwuipółletniemu synkowi. Przyglądał mi się kiedyś z ciekawością, dotykał włosków i spytał: „A co tu masz?”. Odpowiedziałam: „Cipkę”. Ale jakoś nie wiem, czy mi się to słowo podoba. 

Wyszedłeś z tego miejsca, synku, na świat, ale nie mamy na to miejsca słowa. Nieźle, prawda? Pupka? To nie jest dobra metafora. A dlaczego nie lubisz słowa „cipka”? Bo słyszałaś wiele razy: „głupia cipa” albo „ale cipa”. 

Jeszcze cipens.

Tak samo jak ta „ciota”, prawda? Ciota z cipą – dwa dowody na to, że jesteśmy gorsze. Może dla kogoś brzmię wulgarnie, ale taki mamy język, a o nim rozmawiamy. Wagina jest medyczna. Pochwa jest na miecz, militarne odniesienie.

No i pojemnik na coś, nie podoba mi się, że nie istnieje niezależnie od miecza.

W anglojęzycznych krajach słowo „cunt” jest o wiele gorszym wulgaryzmem niż polska „cipa”, a wiesz, od czego pochodzi? Etymologiczne źródła sięgają imion hinduskich bogiń Cunti lub Kunda, rzymskiej bogini Cuniny, która chroniła dzieci w kołyskach, lub słów oznaczających wiedzę, mądrość. Z koleżankami z ruchu kobiecego lata temu postanowiłyśmy używać słowa „joni”, co w sanskrycie oznacza „świętą przestrzeń”. Podobało nam się, że w końcu jest jakieś słowo nienacechowane, ale pozostało słowem niszowym. Córki koleżanek były bardzo dumne, dotykały się i mówiły: „Wow, mam joni”. Pamiętam, jak jedna czterolatka wróciła z przedszkola i mówi: „Mamo, ja nie mogę, Zuzia mówi, że ma pupkę z przodu, jak mam jej wytłumaczyć, że pupka to jest z tyłu?”.  Co mamy mówić dziewczynkom? I chłopcom? Zmierzmy się z tym pytaniem i zacznijmy zmianę, właśnie w ten sposób stajemy się współtwórczyniami kultury. Robimy ją w naszym języku i w naszym doświadczeniu. Na razie mamy cipę – co z nią zrobimy? 

 

Natalią Miłuńską rozmawia Maria Hawranek

Grafika: Marta Frej

  • Natalia Miłuńska - antropolożka kultury, edukatorka, aktywistka. Autorka książki „7 skutecznych sposobów na bolesne miesiączki, czyli jak zmienić ból w przyjemność”. Prowadzi warsztaty o miesiączce. Założycielka strony www.miesiączka.com i firmy produkującej wielorazowe podpaski.

Tekst opublikowany w magazynie „Wysokie Obcasy” 14 listopada 2020 r.