Ciuciubabka z alimenciarzami. Komornik: Wywijają się, ale mam sposób. Ściągnąłem już 2,9 mln zł

Łukasz Pilip: Pana rekord?
Robert Damski, komornik sądowy z Lipna: – 2,9 miliona. Tyle rok temu wyegzekwowałem od dłużników alimentacyjnych i przekazałem wierzycielom, głównie dzieciom.
Sporo.
– Nie do końca. Wzrosło minimalne wynagrodzenie. Gdy od tego samego dłużnika pobieram maksymalne 60 procent jego wypłaty, kwota jest wyższa niż rok temu.
Czasem zastanawiam się, dlaczego trafia do mnie tyle spraw o alimenty. Koledzy mają około 300. Ja, powiatowy komornik z Lipna, 1500. I co roku przybywa 70. Muszę się nimi zająć. Po pierwsze, ustawodawca mówi, że co pół roku mam obowiązek sprawdzić życiową sytuację dłużnika. To, że nie płaci na syna czy córkę, jest oczywiste. Ale dlaczego? Po drugie, nazywam się Damski. Nazwisko zobowiązuje. Zobowiązuje też uhonorowanie Białą Wstążką. Za to, że pomagam kobietom w walce o alimenty i z przemocą ekonomiczną.
Przemocą?
– Dłużnicy, a 90 procent to mężczyźni, wyśmiewają mnie, gdy im to tłumaczę. Dla nich przemoc to gdy uderzą partnerkę. Czasem rozumieją jeszcze pojęcie przemocy seksualnej, rzadziej psychicznej. A już w ogóle – ekonomicznej. Wyjaśniam im, że dochodzi do niej, gdy zmuszają byłą partnerkę do ciągłego szukania kolejnych źródeł utrzymania. Ona zaharowuje się, bo inaczej syn albo córka nie będą żyli jak ich koledzy z pełnych rodzin.
Wie pan, dlaczego dłużnicy alimentacyjni tak mnie nie lubią? Włażę im z buciorami w życie. Uświadamiam problem, którego unikają. Dlatego tak często próbują mnie oszukać. Nawet zwykłem sobie żartować, czym różni się kłamca od zwłaszcza. Kłamca kłamie, a uporczywy dłużnik alimentacyjny zwłaszcza. On opowiada największe bzdury. Nie mam o to żalu. Serialowy doktor House mawiał, że wszyscy kłamią. Dobrze rozumiem, dlaczego tak twierdził.
Oszustwa zaczynają się już w sądzie: kto kogo przechytrzy. Ojcowie próbują wywinąć się od dużych kwot. Mieszają w zarobkach: zwalniają się i szukają pracy na czarno albo przechodzą na pół etatu, aby resztę wynagrodzenia dostawać pod stołem. Niektóre matki też kombinują. Wykazują, że wydatki na dziecko są kosmiczne. Często robią to za namową otoczenia: „Jeśli poprosisz o 1500 złotych, sąd da 900. Rzucaj więc jak najwyższymi kwotami". A jak je dostać? Spokojnie, fakturki się znajdą. Znajoma kupi coś swojemu dziecku, weźmie to na nazwisko koleżanki walczącej o alimenty.
Nie byłoby tego, gdybyśmy wprowadzili tabele alimentacyjne znane też jako düsseldorfskie. Funkcjonują m.in. w Niemczech. Określają widełki alimentów, które rosną wraz z dzieckiem. W Polsce dłużnicy alimentacyjni płacą dziecku średnio 560 zł w miesiącu. Niektórzy mają jednak zasądzone tylko 50. Niestety, nawet tego nie potrafią uregulować. Nie boją się, bo wyrok zapadł kilkanaście lat temu, a była partnerka nie wybiera się do sądu o podwyższenie alimentów.
Jak można nie płacić 50 zł?
– Też zadaję sobie to pytanie. Odpowiadają sami dłużnicy: „Nie dam, bo założyłem nową rodzinę". „Ale starej nie wymaże pan korektorem". „Tylko wtedy zabraknie mi kasy na dzieci, które mam z obecną partnerką". Po tym zdaniu pada kolejne doprowadzające mnie już do pasji: „Panie komorniku, na byłe dzieci płacić nie będę!". Tacy dłużnicy uważają, że wzięli rozwód nie tylko z partnerką, ale i z dziećmi. Część, by jeszcze bardziej uprzykrzyć życie dawnej rodzinie, przelewa tylko część alimentów. Albo jeśli mają płacić do dziesiątego każdego miesiąca, robią to kilkanaście dni później. „Na złość?" – dopytuję. Jedni przytakują, drudzy znacząco mrugają.
Zauważył pan, że prawie nie mówimy o dzieciach?
– One znikają z pierwszego planu, bo są zakładnikami alimentów. Widziałem rysunek, na którym rodzice próbowali sobie wyszarpnąć córkę. Traktowali ją jak linę do przeciągania w sądowej batalii.
Mówimy o największych długach, procentowej skuteczności. Ale to statystyka. Pod nią kryją się Janek, Agnieszka, Basia. Znam je, bo przychodzą do mnie z matkami. Najczęściej co wtorek, gdy mam dzień przyjęć. Pokażę coś panu.
Pluszak!
– Trzymam go w kancelarii, żeby umilić dzieciom czas. Pluszak jednak przegrywa z akwarium, które widzi pan za mną. Zawsze mam jakieś cukierki. Być może dzięki nim pobyt w kancelarii nie będzie kojarzył się dzieciom tylko z goryczą.
Przy okazji chciałbym przeprosić dzieci, dla których jeszcze nie wyegzekwowałem alimentów.
Czego brakuje takim dzieciom?
– Podczas pandemii nauki zdalnej nie odpalały kamerek, bo wstydziły się biedy: rozlatujących się mebli, obdrapanych ścian. Teraz mamy wiosnę i dzieci wychodzą na dwór. Myśli pan, że te, które nie dostają alimentów, będzie stać na rower? W sierpniu ich rówieśnicy powrzucają zdjęcia na Instagram z plaż czy gór. A one nawet nie wyjadą na krótki obóz. Ostatnią ich nadzieją jest czasem tatuś, który w czerwcu obiecuje zapłacić chociaż za lipiec. Tylko potem zapomina.
I nie mówimy tu o tysiącach, tylko pięciuset złotych. Niektórzy dłużnicy wydają tyle na papierosy. A ci, którzy przyjeżdżają do mnie samochodem? Oczywiście zawsze upierają się, że auto nie należy do ich. Ale zatankować musieli.
Z badań BIG InfoMonitor i stowarzyszenia Dla Naszych Dzieci wynika, że w tamtym roku połowa dzieci alimenciarzy nie wyjechała na wakacje.
– A zastanawiał się pan, jaki mają przez to obraz prawa? Wzrastają w przekonaniu, że nie trzeba się nim przejmować. Tatuś niby po wyroku, ale nic mu się nie dzieje. Dziecko wnioskuje więc, że łamanie prawa uchodzi na sucho. Jeśli kiedyś dorośnie i samo zostanie rodzicem, może przez to nie płacić alimentów. Mam jednak nadzieję, że wtedy przypomni sobie o swoim wykluczeniu z dzieciństwa. I o wysiłku matki, która zapewniła mu godne warunki dorastania.
Ostatnio rozmawiałem z panią z drugiego końca Polski o jej 12-letnim synu. Ojciec zaniedbał z nim kontakt, nie płacił mu też alimentów. Chłopak nie chciał go widywać, a tatuś skrzętnie to wykorzystał. Byłej partnerce założył sprawę o utrudnianie kontaktów z dzieckiem. Sąd ukarał ją 70 tysiącami złotych! I one trafią do kieszeni tatusia jako nieopodatkowany dochód. Matka nie ma z czego zapłacić. Jej jedynym majątkiem jest mieszkanie, w którym żyje z dziećmi. Mam nadzieję, że zainterweniują rzecznicy praw obywatelskich i praw dziecka.
A co utrudnia egzekucję?
– Emocje, głównie dłużników. Mówią mi: „Nie będę dawał mojej byłej kasy na fryzjerów i pazurki". Nie rozumieją, że alimenty płacą synowi czy córce, nie ich matce. „Panie komorniku – pytają mnie – dlaczego mam łożyć 700 złotych na dziecko, skoro jego matka tyle mu nie daje?". Odpowiadam: „W przeciwieństwie do pana ona jest z dzieckiem. Rozmawia z nim o jego problemach. Gotuje dla niego. Odrabia z nim lekcje". Zresztą nawet jeśli mężczyźni przelewają jakieś pieniądze, uważają, że w tym momencie kończą się ich rodzicielskie obowiązki.
Wstydzą się niepłacenia?
– Gdzie tam! Wstyd obserwuję tylko u matek, które przychodzą do mnie. Specjalnie dla nich ułożyłem wierszyk: „Zadbaj o swych dzieci byt, alimenty to nie wstyd. Zapamiętaj powiedzenie: wstyd to niepłacenie". I teraz moja odezwa: drogie panie, jeśli były partner nie płaci na dziecko, macie obowiązek przyjść do komornika.
Zacznie pan szukać dłużnika. A nie tak prosto go znaleźć.
– Hymnem mojego zawodu powinna być piosenka „Kiedyś cię znajdę" Reni Jusis. Ojcowie często przyjmują metodę ukrywania siebie, ale też swojego majątku. Wtedy zaczyna się ciuciubabka między nimi a mną. I widzi pan: śmiejemy się z tej zabawy w chowanego, a tymczasem milion dzieci czeka na pieniądze. Na wielu ta liczba nie robi wrażenia. Dalej kibicują dłużnikom. Przecież komornik to urzędnik, aparat opresyjny. Wykiwanie go jest sportem narodowym.
W grudniu policja znalazła alimenciarza, który tak nie chciał płacić, że zamieszkał w lesie.
– Ukrywał się siedem lat. Jego historia bawi, ale zapominamy, kogo „okradał". Dziecko. Gdybyśmy to zrozumieli, nie poklepywalibyśmy dłużników po plecach, powtarzając im: „Ależ długo zwodziliście urzędasów!". Poklepujący zapominają też, że jeśli dłużnicy nie łożą na dziecko, a w jego rodzinie dochód nie przekracza 900 złotych netto na osobę, alimenty wypłaca Fundusz Alimentacyjny. Czyli płaci pan, ja. Skoro składamy się na dłużnika, ten ma nas za frajerów.
Poza tym jego otacza zorganizowana grupa wspierająca. Na jej czele stoi zwykle mamusia, która nie odcięła pępowiny. „To taki dobry chłopak, mój królewicz – opowiada mi. – No, może, gdyby nie pił… Ale jak nie wypije, to i zakupy przyniesie".
Nie dość, że krzywdzi własnego syna, to jeszcze wnuczki.
– Jest powiedzenie, że skoro Bóg nie może być wszędzie, wymyślił dziadków. Właśnie niekoniecznie w przypadku alimentów.
Teraz mam dla pana zadanie. Wyobraźmy sobie, że wychodzimy na ulicę i robimy sondę. Pierwsze pytanie: „Czy trzeba płacić na dziecko?". Wszyscy potakują. Drugie: „Czy ktoś z państwa otoczenia ma zasądzone alimenty?". Część odpowiada, że tak. Trzecie: „A płaci?". I zaczynają się schody. „Ale ona spała z połową wsi!", „Ale on zaczął pić przez nią", „Ale to nie jest jego dziecko". Podobne teksty nierzadko słyszę od mamusi dłużnika. On ją nieraz przyprowadza do kancelarii. Takiego mężczyznę nazywam Piotrusiem Panem. Ostatnio wybrałem się do jednego z nich. Drzwi otworzyła jego matka, zaprosiła mnie do kuchni i szepnęła: „Zapłacę za synka część alimentów. Tylko mąż siedzi na górze, gdyby zszedł, proszę powiedzieć, że pan z energetyki".
Albo: wybrałem się do mieszkania dłużnika, aby oszacować majątek, który mógłbym wystawić na licytację. Gdy zauważyłem, że ma fajny zestaw do ćwiczeń, akurat wkroczył do pokoju. Ledwo mieścił się w drzwiach. Za nim biegła już mamusia. Wymachiwała fakturami. „Rozumiem, że ta ławeczka do ćwiczeń należy do pani?" – już wiedziałem, co się święci. „Oczywiście".
A co, gdyby i ona dostała po portfelu?
– Podał pan najlepszy sposób na Piotrusia Pana. Trzeba uświadomić jego matkę, że ona też może płacić alimenty. Pod dwoma warunkami: egzekucja wobec syna musi okazać się bezskuteczna, a matka jego dziecka powinna złożyć pozew przeciwko dziadkom. Namawiam do tego. To otrzeźwia matki Piotrusiów. Jedna powiedziała: „No to teraz będę musiała zagnać tego dziada do roboty. Przecież wstyd na całą wieś, żeby komornik zabierał mi część emerytury".
W klasyfikacji mam też Smerfa Ciamajdę. Jego standardowy tekst: „Jak ja kocham swoje dzieci! Dałbym im wszystko, ale nie umiem znaleźć pracy. Ma pan dla mnie jakąś?". „A był pan w pośredniaku?" – dopytuję. „Tam roboty nie ma". „W okolicach Lipna można zbierać truskawki. Po sześciu godzinach miałby pan na miesięczne alimenty". „Tylko mnie tak plecy bolą…".
Przeciwnikiem cwańszym od niego jest Sindbad Żeglarz. Wyjeżdża za granicę, rozpływa się i zapomina o rodzinie. Z jednym miałem ostatnio do czynienia. Latami nie płacił dziecku. Nie mogłem nic wyegzekwować, bo ukrył się w Holandii. Ale gdy zmarła jego matka, odziedziczył po niej jedną czwartą gospodarstwa rolnego, a ja ją zająłem. Na wycenę działki przyjechałem z biegłym. Podszedł do nas ojciec Sindbada. Opowiedział, że gospodarstwo jest z dziada pradziada i nie wyobraża sobie, jak mogłoby trafić na licytację. Kto po tygodniu zjawił się w mojej kancelarii? Pan z Holandii. „Spłacę zaległości alimentów w dwóch ratach. Proszę mi tylko ojca nie nachodzić". Na to ja: „Pojadę do niego i podziękuję, że odnalazł pana. Bo nie potrafiliśmy zrobić tego ani ja, ani policja". Sindbad dotrzymał słowa. Uregulował dług.
A płaci bieżące alimenty?
– Nie. Ale mam już jego holenderski adres. Niedawno zresztą wysłał mi mail. Pisał, że przez pandemię boryka się z problemami finansowymi. Obiecał jednak wszystko spłacić. Pod warunkiem oczywiście, że znów przestanę denerwować jego ojca.
Wie pan, jak podchodzę Sindbada? Odnajduję adres, pod którym mieszkał w Polsce. Zastaję tam jego rodzinę. Słyszę, że nie ma z nim kontaktu. „Niedobrze, bo będę musiał zawiadomić policję i prokuraturę. Zaczną go ścigać". I wtedy słyszę: „Daj pan to pismo". Czasem jeszcze matka dłużnika wyciąga portfel, by za niego zapłacić.
Nowe partnerki też?
– Zwykle mają dwie wymówki. Albo się nie interesują, albo nic nie wiedzą. I kiedyś jedna naprawdę nie wiedziała. Gdy powiedziałem, że ja w sprawie alimentów, zdziwiła się: „Zaraz! Czego?!". Najwyraźniej partner nie zdążył poinformować jej o dzieciach z byłego związku.
Jeśli Sindbad objawia się przed komornikiem z własnej woli, zwiastuje to raczej problemy. Zazwyczaj nie robi tego, żeby zapłacić alimenty. Tylko aby zażądać ich od dziecka. Przerabiałem już taką sprawę.
I czas na najtrudniejszy typ dłużnika – Liska Chytruska. Egzekucja pieniędzy od niego daje komornikowi największą satysfakcję. To mistrz utrzymywania się z niczego. Nic nie ma, bo cały majątek przepisał bliskim. Więc jakim cudem przyjechał do mojej kancelarii samochodem? Samochód jest partnerki. A dlaczego co dzień wychodzi z domu na osiem godzin? Odwiedza firmę kolegi, w której tak długo pije kawę. Jego pracodawca należy do zorganizowanej grupy wspierającej. Nie robi tego z altruizmu. Gdy zatrudnia go na czarno, po prostu nie odprowadza składek.
Na ten typ dłużnika działa dozór elektroniczny. Czyli nadajnik GPS w opasce na nogę bądź rękę. W domu ma zainstalowany odbiornik. Gdy oddala się, ten traci połączenie, o czym natychmiast dowiaduje się kurator sądowy. Dlaczego to najlepsze rozwiązanie? Bo wielu z nas chciałoby umieszczać ich w więzieniu. Ale nie tędy droga. Po pierwsze, dziecko jest podwójnie stygmatyzowane. Nie dość, że brakuje mu ojca, to jeszcze ten przebywa w zakładzie karnym. Po drugie, ojciec nie zapłaci zza krat.
A po trzecie, wszyscy złożymy się na jego pobyt w więzieniu.
– Koszt utrzymania osadzonego to co najmniej trzy tysiące złotych, dozoru elektronicznego – nieco ponad 700.
Po tym wszystkim wierzy pan jeszcze ludziom?
– Wierzę. Nawet dłużnikom. Jeśli obiecują uregulować zaległości, liczę, że mnie nie oszukają.
I co, wpłacają?
– 80 proc. z nich nie. Reszta jednak dotrzymuje słowa. Wtedy dzwonię i dziękuję. Przypominam im oczywiście o kolejnych ratach. Niektórzy proszą o pójście na rękę. Ostatnio jeden dłużnik poinstruował mnie: „To pan nie wie, że podczas wojny ustają wszystkie zobowiązania?".
Być może jestem naiwny, ale gdybym nie wierzył ludziom, nie mógłbym uprawiać zawodu. Na pocieszenie ułożyłem sobie o nim wierszyk: „Na zawód mój od zawsze/ ten i ów nastaje/ Niejednemu jednak się komornik przydaje/ i choć nagonka na nas nie ustaje/ jeszcze się czarnym myślom nie poddaję/ bo zawsze jedną zasadę wyznaję/ że komornik nie zabiera/ komornik oddaje".
Robert Damski - komornik sądowy z Lipna. Laureat Białej Wstążki za zaangażowanie w poprawę egzekucji alimentów. Członek byłego zespołu ds. alimentów przy rzecznikach praw dziecka i obywatelskich. Członek stowarzyszeń: Mężczyźni przeciw Przemocy, Dla Naszych Dzieci, Alimenty To Nie Prezenty i fundacji KiDs. Strażak ochotnik w OSP Bobrowniki
Autor: Łukasz Pilip
Zdjęcie: pexels.com
Tekst ukazał się w magazynie „Wolna Sobota” „Gazety Wyborczej” 26 marca 2022 r.