W Pożytecznej dzieciaki się otwierają, wzmacniają poczucie wartości. Tylko tu jest dla nich praca

Czułość i Wolność

Kiedy byłam w Pożytecznej pierwszy raz, kelner zajrzał mi przez ramię i zapytał: "Zjadła już pani?", odpowiedziałam, że nie. "To proszę już kończyć, bo pani wystygnie". Przyznam, że jego szczerość mnie rozbroiła i rozbawiła.

Wysoki brunet?

Tak.

To chyba był mój Paweł. Nasi pracownicy to osoby z niepełnosprawnościami w stopniu lekkim i umiarkowanym. Lubią swoją pracę i świetnie sobie dają radę. A klientów mamy bardzo wyrozumiałych.

Skąd pomysł na to, aby założyć klubokawiarnię, w której pracują osoby z niepełnosprawnościami?

Zaczęło się od fundacji Też Chcemy Być, założonej przez rodziny, które miały dzieci z niepełnosprawnością w ostatniej klasie szkoły specjalnej zawodowej. Uczyli się w klasie introligatorskiej, ale wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że nigdy nie będą pracować w tym zawodzie.

Wiedzieliśmy, że nasze dzieciaki są na tyle sprawne, że szkoda, aby skończyła się ich edukacja, i założyliśmy Akademię Umiejętności, która działa do dziś.

Zabezpieczyliśmy ich edukacyjnie, ale trzeba było im także znaleźć pracę. Wiedzieliśmy, że na rynku nie ma dla nich pracy, a jak jest, to na krótko. A w ich przypadku to gorzej niż gdyby jej nie mieli w ogóle.

Pamiętam moment, kiedy zrozumiałam, że coś musi powstać. Jeszcze nie wiedziałam co, ale wiedziałam, że coś będę musiała wymyślić i zorganizować.

Kiedy to było?

Gdy Paweł miał cztery lata, odbierałam go z zajęć psychologicznych. Psycholog grał z nim w memory i mój syn go ograł. A ja od psychologa usłyszałam, że po co uczę go takich rzeczy, przecież on i tak nigdy nie będzie umiał czytać i pisać. Nigdy nie grałam z Pawłem w memory.

Pamiętam, padał deszcz, jechałam autem i strasznie ryczałam. Byłam wściekła. Nie wiem, czy to były łzy wkurzenia czy żalu. Pewnie pomieszane.

Zrozumiałam, że Paweł nigdy nie będzie doceniony i będzie to dla niego krzywdzące. Po prostu wiedziałam, że jest więcej wart niż psychologowie i inni eksperci twierdzą.

Tak szczerze, pani to czuła czy wiedziała?

Czułam, jako matka, ale i widziałam, bo bacznie go obserwowałam. Z Pawłem sytuacja nie była jasna, bo po porodzie kleszczowym, który był koszmarem i dla mnie, i dla niego, lekarze powiedzieli, że wszystko z nim jest w porządku. Ostatecznie okazało się, że nie było w porządku, bo Paweł ma uszkodzone pewne strefy w mózgu. Ma niepełnosprawność intelektualną w stopniu lekkim łamane na umiarkowanym. Jednak zanim zostało to stwierdzone, byłam uważana za przewrażliwioną matkę, która szuka dziury w całym.

Gdy się urodził, miał na głowie wielki krwiak i nie mogłam przestać o tym myśleć. W końcu to uszkodzenie głowy, a mózg, wiadomo, jest centrum dowodzenia.

Paweł zaczął późno mówić i czytać, ale potrafił się przedstawić w trzech językach. Mieszkaliśmy wtedy w Moskwie, gdzie pracował mój mąż. Także pewne rzeczy przyswajał z opóźnieniem, a inne nad wyraz szybko.

Kiedy ostatecznie dostała pani orzeczenie o niepełnosprawności syna?

W trzeciej klasie podstawówki, zresztą zdiagnozowano go na moją prośbę.

Konfrontował się z dziećmi, które płynnie czytały i bez problemu pisały. Jemu to sprawiało ogromną trudność. Zaś kiedy dostawał dobrą ocenę lub inną nagrodę na zachętę, strasznie się wściekał, bo sam chciał na nią zapracować, ale nie potrafił. Nie wiedziałam, jak mu pomóc, i czułam, że kolejne lata będą dla niego jeszcze trudniejsze.

Paweł został zdiagnozowany, a ja musiałam podjąć najtrudniejszą decyzję w moim życiu.

Czyli?

Musiałam przenieść go do szkoły specjalnej, a miałam straszne wyobrażenie na temat tej placówki. Wydawało mi się, że oddaję mojego synka gdzieś na trzeci poziom piekła. Z drugiej strony, miałam orzeczenie w ręce i nie było z tej ścieżki odwrotu.

A jak wyglądała rzeczywistość w szkole specjalnej?

Było bardzo w porządku. Paweł pokochał nauczycielkę, uczniów, nauczył się czytać i pisać. Tam dostawał piątki wtedy, kiedy na nie zasłużył. Potem było gimnazjum i szkoła zawodowa przy ulicy Długiej. Panowała tam świetna atmosfera, gorzej, jeśli chodzi o zdobycie zawodu, bo nie oszukujmy się, introligator w dzisiejszych czasach nie jest poszukiwany na rynku.

Szkoła przy Długiej na pewno bardzo wzmocniła jego poczucie wartości. Uwierzył, że on też coś może i potrafi. Ale pojawiło się pytanie, co będzie robił, gdy skończy edukację. Wtedy z innymi rodzicami ze szkoły podjęliśmy decyzję o założeniu Akademii Umiejętności. Zaczynało w niej naukę pięć osób, teraz mamy 30 podopiecznych.

Na jakich zasadach działa Akademia Umiejętności?

Przyjść może do nas każda osoba z niepełnosprawnością, która jest absolwentem szkoły. Trafiają więc do nas młodzi dorośli - na studia nie mają szans, ze znalezieniem pracy też jest ciężko, więc mogą się kształcić dalej i przy okazji poznawać inne osoby, socjalizować się. A to też jest bardzo ważne dla osób z niepełnosprawnościami. Nie powinny być zostawione same sobie.

Nasza Akademia ma status nauczania ustawicznego, więc nie można jej skończyć. Nasi podopieczni, nawet jak będą mieli łysiny i brzuszki, będą mogli chodzić na zajęcia z języka polskiego, angielskiego, geografii. Mamy kółko teatralne, zajęcia z garncarstwa, malarstwa.

Nie są pobierane żadne opłaty za udział w Akademii, większość zajęć prowadzona jest non profit, tylko za niektóre podopieczni muszą płacić.

A jak z Akademii powstała klubokawiarnia, w której dzisiaj siedzimy?

Stworzyliśmy dla naszych dzieci miejsce, w którym mogą się rozwijać intelektualnie, ale przecież to im nie wystarczy do życia. Pojawiło się pytanie, gdzie mogą pracować. Bo oni są chcą i mogą pracować.

Byli m.in. wolontariuszami na wszelkich biegach i maratonach, zresztą robią to do dziś. Jednak nie było to stałe zajęcie.

Miałam szczęście i trafiłam do Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych. Razem zastanawialiśmy się, jakie miejsce pracy moglibyśmy stworzyć dla naszych dzieci.

Padł pomysł założenia galerii z pracami plastycznymi osób z niepełnosprawnościami z małą kawiarenką. Jednak kiedy zrobiliśmy wstępny biznesplan, okazało się, że nie utrzymamy się z tego. Zaproponowano nam założenie kawiarni lub klubokawiarni. Przez rok przygotowywaliśmy się do tego. Śmieję się, że my, rodzice dorosłych dzieci, wróciliśmy na studia. W FISE rozmawialiśmy czasem z osobami, które były w wieku naszych starszych dzieci, które mówiły nam: "Nie, to jest źle zrobione. Proszę poprawić i przyjść ponownie".

Podeszliście do tego bardzo profesjonalnie.

Oczywiście, nie było mowy o żadnej partyzantce, bo nikt by nam nie dał funduszy. Przez rok musieliśmy pokazać, że jesteśmy przygotowani, zdeterminowani i że wiemy, czego chcemy.

I gdy już dostaliście dotację, wszystko poszło zgodnie z planem?

A skąd! Wiedzieliśmy, jakie trudności mogą nas spotkać, ale nie byliśmy na nie przygotowani.Teoria zderzyła się z praktyką. Nigdy w życiu nie prowadziliśmy żadnej działalności.

Ale mieliśmy dotację, byliśmy szczęśliwi i zaczęliśmy szukać lokum na naszą klubokawiarnię. Wtedy zgłosił się do nas Stefan Bratkowski z pytaniem, czy nasi podopieczni nie pomogliby posprzątać budynku przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie mieściła się szkoła im. Wańkowicza.

Zgodziliśmy się i wtedy mogłam się przekonać, że dzieciaki nie potrafią nic. Ani zamiatać, ani sprzątać, nie wiedzą, co to ścierka itp. A my przecież mieliśmy prowadzić kawiarnię. Zrozumiałam, że przed nami ciężka praca.

Pan Bratkowski pozwolił nam zaadaptować kilka sal na Akademię, a my szukaliśmy lokum na kawiarnię.

Nie chcieliśmy nic za darmo. Chcieliśmy w ramach naszych praw i możliwości dostać lokal od miasta, ponieważ wyręczaliśmy państwo z pewnych obowiązków. Tak nam się przynajmniej zdawało.

Wszyscy mówili, że mamy świetny pomysł, że super, że to robimy, i w sumie na tym się kończyło. Dwa lata minęły i gdybyśmy nie znaleźli lokalu, przepadła by nam dotacja. I wtedy pan Bratkowski zapytał, czy nie chcielibyśmy urządzić kawiarni w starym archiwum.

W ten sposób przy Nowym Świecie powstała klubokawiarnia Pożyteczna. Byliśmy drugą w mieście placówką gastronomiczną, gdzie pracują osoby z niepełnosprawnościami. Miesiąc przed nami otworzyło się Życie Jest Fajne, gdzie pracują dorośli autyści.

Spędziliśmy tam pięć lat. Od roku jesteśmy w nowym miejscu na Starym Mokotowie.

Jak sobie dawali radę w pracy wasi podopieczni?

Było dużo emocji. I ja, i oni uczyliśmy się rzeczy, których nigdy w życiu nie robiliśmy. Teraz, gdybym miała komuś dać radę, powiedziałabym: "Idź na miesiąc na praktykę do knajpy i zobacz, na czym ta praca polega".

Gastronomia to ciężki kawałek chleba dla osób bez dysfunkcji. A gdy ma się pod opieką 14 młodych dorosłych z różnymi rodzajami niepełnosprawności, to bywa naprawdę ciężko. Do każdego trzeba mieć inny "klucz": jednego pochwalić, na drugiego groźnie spojrzeć. Ale daliśmy i cały czas dajemy radę. Praca bardzo wzmocniła ich poczucie wartości, stali się bardziej otwarci i samodzielni. Wszyscy nasi podopieczni, poza jedną osobą, podróżują samodzielnie po mieście. Taki z resztą był wymóg Akademii.

Jak na pracę w gastronomii patrzyli rodzice tych młodych ludzi?

Różnie. Każdy rodzic inaczej rozumie rozwijanie skrzydeł u swojego dziecka. Na początku zresztą był pomysł, że dzieci będą pracować z rodzicami, ale okazało się to niewykonalne. Zostałam więc w kawiarni ja i zaczęłam przyuczać młodych. Nie mogłam zatrudnić menedżera, bo nie było nas na niego stać.

Przez cztery lata pracowałam w klubokawiarni charytatywnie, robiłam to dla mojego syna i dzieciaków. Traktowałam je jak własne dziecko i tyle samo od nich wymagałam. Dużo. Nie wszystkim podobało się, że ich dzieci muszą tu ciężko zasuwać, że nie tak to powinno wyglądać.

I co pani na to odpowiadała?

Tak, jest ciężko, ale was kiedyś nie będzie i to, czego wasze dzieciaki się teraz nauczą, przyda im się w przyszłości. Poradzą sobie bez was.

Na szczęście udało nam się z rodzicami dojść do porozumienia. Teraz kieruję klubokawiarnią samodzielnie, pomaga mi jeden rodzic, który jest "złotą rączką", załatwia sprawy administracyjne.

Jak się pani czuje, kierując sama klubokawiarnią?

Czasami brakuje mi kogoś, z kim mogłabym podyskutować o tym, co dalej. Na szczęście mam psa, z którym wychodzę na dwór o szóstej rano i z nim dyskutuję. Wszystkie pomysły rodzą się więc bladym świtem.

Mamy porę lunchu i widzę, że sporo osób przychodzi do Pożytecznej. Podoba wam się to nowe miejsce?

Bardzo, przychodzą do nas nowi klienci i już dobrze nam znani, którzy nas tu odnaleźli. Dostaliśmy ogromne wsparcie i promocję od lokalnej grupy Ferajna Stary Mokotów na Facebooku. Słyszymy od ludzi, że panuje u nas fajna atmosfera, no i mamy świetną kuchnię.

W kuchni też pracują podopieczni fundacji?

Nie, w kuchni mamy international stuff. Mamy Nelię, szefową kuchni z Ukrainy, która wyjechała z kraju w 2016 roku. Zhanna jest po udarze i jest uchodźczynią z Białorusi. Za dania wegańskie odpowiedzialna jest Ika, która przez wiele lat pracowała w londyńskich restauracjach. I najnowsza w ekipie Ukrainka Olha, także uchodźczyni. Przyjechała do Polski w marcu, po wybuchu wojny.

Zastanawiam się, skąd pani czerpie siłę w tej codziennej ciężkiej pracy?

Proszę mi wierzyć, tu się czasem dzieją cuda. Kształcenie ustawiczne i stała praca są dla nich najlepszą formą rehabilitacji, jaką można sobie wymarzyć. Nie jesteśmy ani psychologami, ani pedagogami, a zrobiliśmy coś, co jest innowacyjne.

Raz mieliśmy chłopaka, który myślałam, że nie będzie sobie u nas dawał rady. Nie było z nim praktycznie żadnego kontaktu, powtarzał tylko "dobrze, dobrze". Ale bardzo chciał być częścią grupy.

W tym czasie pewna firma zwróciła się do mnie z pytaniem, czy nie chciałabym dla naszych podopiecznych zrobić kursu nurkowania.

Zgodziłam się, a młodzież poszła na wykłady teoretyczne. Nowego podopiecznego wzięliśmy ze sobą tak trochę eksperymentalnie. Wydawało nam się, że niewiele zrozumiał z tej lekcji, a on jakoś sprytnie przetworzył sobie w głowie to, co usłyszał, i na następnych zajęciach świetnie wiedział, o co chodzi. Oczywiście nie mówił deflator, inflator, tylko rurka taka, rurka siaka. Doskonale wszystko pojął. To był punkt zwrotny nie tylko w jego nauce, ale i życiu. Razem z piątką innych osób skończył kurs i zszedł na pięć metrów na otwartych wodach. Jego mama mówi, że od tamtej chwili stał się cud. Bardzo się otworzył, a w naszej grupie nazywamy go ministrem dyplomacji, ponieważ nienawidzi konfliktów. Jeśli widzi, że w grupie coś się dzieje, a dzieje się często, to woli wziąć winę na siebie, żeby tylko nikt się nie kłócił.

Efekty tej pracy dają mi ogromną satysfakcję, łechcą moją ambicję. Mój pomysł działa i daje wspaniałe efekty. Jestem dumna z tego, że zatrudniłam kucharkę po udarze, że daliśmy pracę uchodźczyni. Dziewczyny się lubią, nigdy się nie pokłóciły, znajdują wspólny język. Czy to nie jest cudne?

Teraz zarządzanie Pożyteczną jest pani pracą?

Tak, choć jeśli chodzi o wynagrodzenie, mam najniższe ze wszystkich pracujących tu osób. Przez wiele lat pracowałam charytatywnie, ale kiedy usłyszałam od jednego z rodziców, że realizuję tu swoje hobby, poczułam się dotknięta. Zdecydowałam się przejść na wcześniejszą emeryturę, zrezygnowałam z awansu, który mi proponowano, i zajęłam się na pełen etat pracą w Pożytecznej.

Co w tej pracy jest dla pani najtrudniejsze?

Spinanie co miesiąc budżetu. Sprawy finansowe są zdecydowanie najtrudniejsze. Teraz dodatkowo przez "Polski ład" będziemy co miesiąc płacić kilka tysięcy danin więcej. Wierzę jednak, że damy jakoś radę.

Rodzice dzieci z niepełnosprawnościami czasem mają problem, żeby zaakceptować, że ich dzieci są inne. Jak to wyglądało u pani?

Pewne decyzje trzeba w życiu wypłakać. Ja pamiętam słowa psychologa, który powiedział, że mój syn się nigdy niczego nie nauczy. Długo płakałam, po czym się otrząsnęłam i powiedziałam: OK, taka jest rzeczywistość. Trzeba żyć normalnie. No i staram się żyć normalnie.

 

 

Autorka: Anna Woźniak

Zdjęcie: Maciek Jaźwiecki/Agencja Wyborcza.pl 

Tekst opublikowany na wysokieobcasy.pl 14 maja 2022 r.