Mamo, czy nas widzisz?

Marta: Zawsze lubiłam robić zdjęcia, szczególnie ludziom. Ich twarze zawsze mają tyle do przekazania. Kiedy zostałam mamą, aż nie mogłam napatrzeć się na „moje małe cudo”. I natychmiast pojawiała się pokusa – zrobić zdjęcie. Szczególnie wtedy, kiedy mój mąż już pracował. Któregoś wieczora usiadłam z aparatem w ręku i zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam tych chwil… To było otrzeźwienie. Przeżywać, uwieczniać w pamięci, a nie na zdjęciach, takie mam teraz postanowienie.

Ania: No to rozumiem doskonale, też tak miałam. Każdy gest, grymas, uśmiech był bezcenny i nie chciałam, żeby umknął, zwłaszcza, że jak wiele matek byłam zwyczajnie zmęczona i skołowana. Aparat miał zastąpić chwilowo zmęczony mózg. Skala szaleństwa dotarła do mnie, gdy po kilku miesiącach życia mojej córki, miałam prawie dwa tysiące jej zdjęć. To więcej niż ja mam z całego mojego (długiego) życia. Kiedyś pieczołowicie odliczaliśmy, ile z 36 klatek filmu jeszcze nam zostało do zrobienia i wybieraliśmy momenty, które chcemy uwiecznić. Dziś „cykamy” prawie całe nasze życie. Ba! W sieci możemy być, nawet zanim się urodzimy i to bez względu na to, czy tego byśmy chcieli czy nie.

M: I tych zdjęć często nigdy nie wywołujemy… Potem np. zmieniamy telefon, nie pamiętamy, gdzie te zdjęcia są i jednak rzadko do nich zaglądamy. Można sobie ustalić, i ja mam taki zwyczaj, że co kwartał robię przegląd zdjęć. Część wywołuję do rodzinnego albumu, przygotowuję w formie prezentów dla babć i dziadków. Ale też ogólnie staram się robić zdjęcia z umiarem. Kilka, na pamiątkę. Z resztą moja córka już potrafi zaprotestować przed zrobieniem zdjęcia. I szanuję jej zdanie, tak jak w innych sytuacjach. Też nie chciałabym, żeby robiono coś na siłę, bez mojej zgody. Staram się tej zasady używać w odniesieniu również do zdjęć. Niepokoi mnie jeszcze to, że czasami zatracamy się w tym robieniu zdjęć na tyle, że nie reagujemy na to, co się dzieje wokół. Ostatnio, kiedy pracowałam przy otwartym oknie, usłyszałam dziecięcy głos „Mamo, czy nas widzisz?”. Kiedy to pytanie powtórzyło się kilka razy, wyjrzałam przez okno. Brak odpowiedzi jakoś mnie zaniepokoił. Zobaczyłam taką scenkę… Dzieci bawią się na placu zabaw. Chyba coś odkryły w ziemi i eksplorują. A mama? Mama to wszystko nagrywa. Widzą ją zza jej telefonu. To pytanie „Mamo, czy nas widzisz?”, kilkukrotnie powtórzone, dopiero po czasie zyskało odpowiedź. Dzieci jeszcze dostały burę, że taki fajny byłby filmik, ale „musiały gadać”…
 

A: Smutne to, ale niestety coraz częstsze. A pamiętasz takie zdjęcie, które jakiś czas temu obiegło media – starsza pani w tłumie czekającym na papieża? Wszyscy trzymają w rękach smartfony i fotografują, filmują, tylko ona patrzy własnymi oczami. Poruszyło mnie to, zwłaszcza w kontekście przemyśleń, jakie mam po przedstawieniach w przedszkolu mojej córki. Dzieciaki przez kilka tygodni przygotowują się do występu dla swoich rodziców, babć i dziadków, przejmują się i wkładają w to serce, a podczas występu patrzą na nie z widowni ekrany. Nie widzą naszych twarzy. Biję się w pierś – sama wtedy filmuję, fotografuję, na dodatek z poczuciem, że coś mi w tym czasie umyka. Ale denerwuję się też, bo czasem nie mam nawet szans zobaczyć mojego dziecka przez las uniesionych rąk z telefonami. Na ostatnim przedstawieniu osoba siedząca przede mną po prostu wstała i filmowała przez całą imprezę swoje dziecko, więc ja niestety nie mogłam zobaczyć mojego. Dlatego bardzo mi się spodobało rozwiązanie wprowadzone w niektórych przedszkolach – jest wynajmowana osoba, która nagrywa i fotografuje całe przedstawienie, a rodzice mogą się skupić na oglądaniu i docenianiu występu dziecka. Proste, a ile zmienia!

M: Czasami drobna zmiana daje duży efekt. W tym przypadku wprowadzona restrykcja, zakaz, który może budzić emocje, jeśli się zastanowimy, jest dla naszego dobra. Występ nagrany, można pokazać bliskim, wrócić do niego później, a my mamy szansę być tu i teraz. To bardzo ważne w tym pędzącym świecie. Ważne też, żeby nie publikować tych nagrań wszędzie. Zwłaszcza, że to często upublicznienie wizerunku kilkorga innych dzieci. Oczywiście sama chętnie oglądam nagrania z występów dzieci znajomych, ale – podobnie jak w przypadku zdjęć – umówiłyśmy się, że wysyłamy je za pośrednictwem szyfrowanej aplikacji i oczywiście staramy widywać się na żywo. Jesteśmy dla siebie ważne, więc znajdujemy na to czas.
 

A: Fajnie, że myślicie o bezpieczeństwie tych danych. Faktycznie obrazy to teraz sposób komunikacji i oczywiście czasem są bardziej atrakcyjne, niż wczytywanie się w coś. Poza tym zdjęcia dzieci potrafią być takie słodkie… Słodycz słodyczą, jednak nie z każdym należy się nią dzielić, a mam wrażenie, że Instagram na przykład właśnie tą słodkością żyje. Ja sama z niego nie korzystam i nie czuję, żebym coś przez to traciła. Jednak nawet gdybym z niego korzystała, nie zamieszczałabymzdjęć mojego dziecka. Na Facebooku mam odpowiednie ustawienia prywatności, ale i tak zdjęcie mojej córki pojawiło się tam tylko raz. Ze względu na swoje wcześniejsze doświadczenia zawodowe, mam świadomość potencjalnych zagrożeń, z jakimi wiąże się publikowanie zdjęć dzieci. Ta świadomość wiąże się też niestety z podwyższonym poziomem lęku o bezpieczeństwo mojego dziecka i czarnymi scenariuszami w mojej głowie, a to z kolei z większą ostrożnością w kwestii udostępniania zdjęć.
 

M: Czasami to proste zabiegi – zmiana ustawień prywatności, wybranie nawet konkretnego grona znajomych lub członków rodziny, którzy mogą zobaczyć to, co publikujemy. Ja też tylko raz opublikowałam zdjęcie córki, właściwie jej taty z nią na rękach. Była pokazana tyłem, a na drugim zdjęciu bokiem. Nie chciałabym, żeby coś jej zagrażało, więc i na takie potencjalne niebezpieczeństwo, o którym mówisz, nie chcę jej wystawiać. Dodatkowo, jeśli wysyłam komuś zdjęcie córki, proszę o nieprzesyłanie dalej. Nie dla wszystkich to oczywiste.
 

A: O! I to dobry zwyczaj, bo czasem ludzie mogą się wtedy zastanowić nad tym, że bezrefleksyjne udostępnianie dalej może mieć jakieś konsekwencje.
 

M: Dbam też o telefon (bo teraz to jest moje główne narzędzie do robienia zdjęć), żeby nie wpadł w niepowołane ręce. Na tapecie nie mam zdjęcia dziecka (kiedyś miałam, ale pojawiało się dopiero po wpisaniu PIN-u). Pamiętam film „Europejskie wakacje”. Podczas wyjazdu Clark Griswald (Chevy Chase) filmuje różne sceny, w tym żonę pod prysznicem. Potem tracą kamerę, a za kilka dni trafiają na plakat reklamujący erotyczny film z Ellen Griswald (Beverly D’Angelo) w roli głównej. Oczywiście to film, i to z serii „W krzywym zwierciadle”, ale takie sytuacje się zdarzają i są potencjalnie niebezpieczne.
 

A: W ogóle bezpieczeństwo danych to ważny temat. Wiele zdjęć, ale i informacji o nas i naszych bliskich trzymamy w chmurze. Jesteśmy dość łatwym celem dla kogoś, kto by chciał się czegoś o nas dowiedzieć. Myślę, że warto poszukać jakichś rad ekspertów, jak zabezpieczać nasze dane.

W tym, co powiedziałaś, jeszcze jedna rzecz mnie poruszyła – wykorzystywanie czyichś zdjęć. O tym, że w Internecie nic nie ginie, wiemy już wszyscy. Łatwo jest mi sobie wyobrazić sytuację, gdy zamieszczone kiedyś przez nas tak przecież zabawne albo urocze zdjęcie naszego dziecka trafi w niepowołane ręce. Kojarzysz dzieci z memów? Powielane tysiące razy w prześmiewczych grafikach. To się za nimi ciągnie, a bycie człowiekiem memem, niekoniecznie może być dla nastolatka lub dorosłego już człowieka czymś, co poprawia jego notowania towarzyskie. No cóż, nie musisz być nawet memem, by doświadczyć, jak to jest być hejtowanym w sieci. Przemoc, jaką fundujemy sobie nawzajem w sieci, może mieć różne oblicza – hejt, stalking, grooming czy seksting. A kiedy dziecko widzi, że dorośli udostępniają w sieci tak wiele informacji o tym co robią i myślą, to uznaje tę formę komunikacji za normalną i nie dostrzega zagrożeń, a otrzeźwienie bywa bolesne. Niektóre dzieciaki rosły na oczach osób obserwujących profile ich rodziców, którzy dokumentowali ich każdy krok. To dla nich normalne, więc same potem zakładają swoje profile i niestety wystawiają się na ciągłe oceny bez uformowanej jeszcze osobowości i dojrzałości pozwalającej filtrować informacje i zachować zdrowy dystans.
 

M: Oj tak. Dziecko jest podmiotem i nawet jeśli mówimy „moje/nasze dziecko”, to trzeba pamiętać, że ono jest odrębną od nas osobą. I brać pod uwagę to, że nie każdy ma dobre intencje. To też pewnego rodzaju naruszenie prywatności. Na świecie mamy tyle hejtu. Myślę, że nasza motywacja i cel, który przyświeca nam, gdy publikujemy zdjęcia, mogą spotkać się też z zupełnie innym odbiorem. Należę do kilku rodzicielskich, a właściwie matczynych, grup na Facebooku, w tym grup sprzedażowych. Tam pojawił się taki ciekawy motyw tzw. „chwalipostów”. Zazwyczaj są zdjęcia ubrań, ale co jakiś czas jakaś mama zamieszcza zdjęcie dziecka. Najczęściej jest mnóstwo komentarzy pozytywnych, ale zdarzają się też mniej przychylne, w stylu „ale ją zestroiłaś” albo „w tym ubraniu wygląda jak beza”, a nawet krytycznie odnoszące się do wyglądu dziecka – „uszy jak u Plastusia, zbieraj na operację”. Myślę, że wielu z nas publikuje zdjęcia, żeby się pochwalić, i nie zdaje sobie sprawy, że możemy zamiast głasków dostać nieprzyjemne dla nas komentarze. I że w Internecie nic nie ginie, a zdjęcie dziecka łatwo można powiązać z innymi publikowanymi przez rodzica i tak ustalić nawet miejsce zamieszkania dziecka. To drastyczny przykład, ale publikując jakiekolwiek zdjęcia, w szczególności zdjęcia dzieci, trzeba mieć to z tyłu głowy.
 

A: No cóż, kiedy się czymś chwalimy, to łatwo o to, by zaczęła się rywalizacja, czyje dziecko lepsze i niektórym się wydaje, że wszystkie chwyty dozwolone… Chcemy być lepsi, więc gdy wymienimy już wszystkie zalety „naszego” i gdy nadal nie czujemy się w pełni „zwycięzcami”, zaczynamy krytykować konkurencję (którą przecież jest inny rodzic) i uderzamy w dziecko. A że w Internecie mamy poczucie bezkarności, to przychodzi nam to wyjątkowo łatwo. Widywałam nie tylko na placach zabaw takie wyścigi rodziców, czyje dziecko jest bardziej wyjątkowe. Sęk w tym, że każde jest.
 

M: I to jest kluczowe w tym wszystkim. Nie zdjęcia, ale nasza wyjątkowa relacja, którą budujemy każdego dnia. Bez blasku fleszy.
 

A: Mną wstrząsnął, przyznaję, filmik jakiegoś youtubera, który przeglądając konta na Facebooku, nie tylko zdobył bardzo dużo prywatnych informacji o kilku młodych dziewczynach, ale był w stanie odnaleźć je w miejscu, w którym właśnie przebywały. Podchodził do nich i zaczynał rozmowę, wykorzystując zdobytą z ich postów wiedzę. Dziewczyny były zszokowane i przerażone. Po tej sytuacji zmieniły ustawienia prywatności na swoich kontach.

Jako rodzice powinniśmy chronić nasze dzieci, tymczasem zupełnie nieświadomie wystawiamy je na niebezpieczeństwo, kiedy udostępniamy tyle informacji o naszym życiu. Myślę, że powinniśmy brać pod uwagę różne scenariusze i czasem spojrzeć na sytuację nie tylko wzrokiem kochającego rodzica, ale i rozsądnego, doświadczonego dorosłego, świadomego, że ludzie kierują się różnymi pobudkami.
 

M: I zawsze do dziecka odnosić się z szacunkiem. Jesteśmy dla naszych dzieci wzorami do naśladowania. Czy chcemy czy nie, będą powielać nasze zachowania. Bądźmy więc najlepszymi wzorami dla nich, również w tym aspekcie.
 

Przeczytaj również, o co poprosiłoby Cię Twoje dziecko: Mamo! Tato! Filmuj mnie oczami.

 

Ania Samsel – mama 6-letniej przyjaciółki i obrończyni smoków, psycholożka, pracująca w Dziale Edukacji Kulczyk Foundation.

Marta Tomaszewska – mama charakternej acz wrażliwej 2-latki, pedagożka, od lat związana z edukacją i organizacjami pozarządowymi, pracuje w Dziale Edukacji Kulczyk Foundation.

Powiązane materiały warte chwili

Do czego mają prawo dzieci?

Każde dziecko, bez względu na pochodzenie, płeć, narodowość itd. wymaga szczególnej opieki i ochrony, a rolą dorosłych jest wspieranie go w rozwoju, z poszanowaniem jego godności, tożsamości, prywatności. Warto podkreślić, że to nie tylko obowiązek rodziców, ale w ogóle dorosłych. Szczególną więc rolę mają tu do odegrania nauczyciele, którzy nierzadko są powiernikami, przewodnikami, wzorami do naśladowania, ale też tymi dorosłymi, którzy dzięki częstemu kontaktowi są w stanie zauważyć niepokojące sygnały płynące ze strony dziecka. Są też tymi, którzy mogą wzmocnić poczucie własnej wartości, sprawczości i odpowiedzialności dziecka.

Dowiedz się więcej

Gdy ktoś przekracza twoją granicę, tracisz poczucie bezpieczeństwa. Jak nauczyć się mówić "stop"?

Na ile możesz zbliżyć się do drugiej osoby? A jak blisko jesteś w stanie dopuścić innych do siebie? Czy wiesz, kiedy powiedzieć stop? Co robić, gdy czujesz, że ktoś przekracza twoją granicę? To tylko niektóre pytania związane z tematem ludzkich granic. Potrzebujemy ich, aby czuć się bezpiecznie, dlatego warto ustalać własne i szanować granice innych. Jak to robić?

Dowiedz się więcej

Przypomnij sobie swoje dzieciństwo… Jakiej rozmowy potrzebowałaś/potrzebowałeś?

Przypomnij sobie swoje dzieciństwo, wszystkie odbyte i nieodbyte rozmowy. Jakie one były? Czego w nich zabrakło? O czym byś chciała/chciał porozmawiać, gdybyś teraz była/był dzieckiem? Poprosiłam studentki i studentów pedagogiki, żeby przywołali swoje wspomnienia z dzieciństwa, rozmowy, jakie wtedy prowadzili z dorosłymi.

Dowiedz się więcej